Bójcie się chamy – Legia Warszawa obiera kurs na 1. Ligę


Legia Warszawa przegrała 1:2 z Koroną Kielce. Po niedzielnym spotkaniu sytuacja na Łazienkowskiej staje się coraz trudniejsza. Stołeczna drużyna z coraz większym impetem obiera kurs na 1. ligę.

2 lutego 2026 Bójcie się chamy – Legia Warszawa obiera kurs na 1. Ligę
Zbigniew.H

Legia Warszawa do niedzielnego spotkania z Koroną podchodziła z wielkimi nadziejami. Drużyna pod wodzą nowego trenera Marka Papszuna miała wrócić na dobre tory i zwycięską ścieżkę. Niestety, ciągle jest od tego daleko, ponieważ stołeczna drużyna przegrała mecz otwarcia nowej rundy 1:2 i odniosła 8. porażkę w obecnym sezonie. Przebieg niedzielnego spotkania pokazał, że Marek Papszun wykonał pewną pracę, aby podnieść Legię z dna. Dalej nie był to jednak poziom, który stołeczni powinni prezentować.


Udostępnij na Udostępnij na

Przebieg meczu

Początek meczu przebiegał pod dyktando Legii. Od pierwszych minut bardzo aktywny był Jurgen Elitim, który kreował akcję za akcją, jednak bez większych rezultatów. W 10. minucie dobrą okazję miał Mileta Rajović, jednak jego strzał został obroniony przez Xaviera Dziekońskiego. Trzynaście minut później potwierdził się znany scenariusz: Legia gra, rywal strzela. Artur Jędrzejczyk nie upilnował w polu karnym Mariusza Stępińskiego, który wykorzystał dośrodkowanie od Tamara Svitlina i zdobył debiutancką bramkę dla Scyzorów. Kolejne minuty pokazały nowe oblicze Legii, ponieważ stołeczna drużyna jeszcze kilka miesięcy temu po stracie gola nie potrafiła się zorganizować, a teraz dość szybko przeszła do pressingu, którego efektem był wywalczony rzut karny w 44. minucie. Do jedenastki podszedł Mileta Rajović, który w ostatnich miesiącach ma spore problemy ze zdobywaniem bramek. Niestety, ponownie odezwały się jego stare kłopoty i Rajović najpierw nie wykorzystał rzutu karnego, a później dobitki. Legia schodziła na przerwę, przegrywając 0:1.

W drugiej połowie zmieniony został Kacper Urbański, za którego wszedł Ernal Krasniqi. Były piłkarz Bolonii, uważany za jednego ze zwycięzców zgrupowania, pokazał się z bardzo złej strony i przez większość spotkania był niewidoczny, więc jego zmiana nie dziwiła. Legia na drugą połowę wyszła nieodmieniona. Teoretycznie drużyna Marka Papszuna prowadziła grę, jednak nic z tego nie wynikało, ponieważ Wojskowi nie tworzyli sobie poważnych sytuacji. Korona, która przeszła do głębokiej defensywy, skutecznie neutralizowała ataki zespołu Papszuna. Sytuacja zmieniła się w 75. minucie, kiedy sfaulowany został Jurgen Elitim i stołeczna ekipa otrzymała kolejną jedenastkę. Tym razem do piłki podszedł Bartosz Kapustka, który pewnie wykorzystał okazję i przy Łazienkowskiej był remis. Legia chciała pójść za ciosem, jednak ponownie nie mogła przejść defensywy „Scyzorów”. Ostatecznie to goście wyprowadzili decydujący cios. Ponownie dośrodkowanie w pole karne wykorzystał Mariusz Stępiński, który uciekł spod opieki Arkadiusza Recy i ustalił wynik spotkania na 1:2.

Brak napastnika

Teoretycznie Legia w swoim składzie ma dwóch zdrowych zawodników: Rajovicia i Colaka. Praktycznie jednak żaden z nich nie jest obecnie piłkarzem na odpowiednim poziomie. Nad Miletą Rajoviciem nie chcę się pastwić, bo widać, że jego problemem nie są umiejętności, które musi posiadać. Piłkarz bez nich nie wygenerowałby xG na poziomie 8. Największym problemem Rajovicia jest on sam. Jeśli piłkarz jest tak sfrustrowany, że w meczu towarzyskim rwie koszulkę. Co zrobił Rajović podczas jednego ze spotkań na obozie Legii – to pokazuje skalę frustracji, która w nim narasta. Decyzja o powierzeniu mu wykonywania rzutu karnego pokazuje, że koledzy na treningach widzą, iż prezentuje się z dobrej strony i chcą pomóc mu się przełamać. Niestety obecnie trudno dostrzec na to realne szanse. Nic nie wskazuje, na to by w najbliższym czasie Rajović stał się dla Legii wzmocnieniem.

Colak natomiast jest graczem, którego ściągnięto awaryjnie po kontuzji Nsame i miał być zimą zastąpiony lepszym nazwiskiem. Tak się jednak nie stało i piłkarz, który zdobywa średnio jedną bramkę na rok, jest drugim wyborem w składzie Marka Papszuna. Za ten fakt odpowiada pion sportowy, który drugi rok z rzędu zawalił zimowe poszukiwania „dziewiątki”. Jeśli stołeczna drużyna nie sprowadzi napastnika, ryzykuje naprawdę bardzo dużo. Jak pokazała Korona  – skuteczna „9” to klucz do zdobywania punktów, których Legii brakuje.

Ogólne problemy w ofensywie

Poza problemami z obsadą pozycji napastnika, w niedzielnym meczu praktycznie żaden piłkarz ofensywny nie pokazał się z dobrej strony. Kacper Urbański przez 45 minut gry nie zaprezentował niczego. Były gracz Bolonii był przezroczysty, nie wypracował żadnej poważnej okazji i często tracił piłkę. W ciągu 45 minut zanotował aż 10 strat. Ernal Krasniqi, który go zastąpił, wykazał się większą aktywnością, jednak również bez większych osiągnięć. To samo tyczy się Wahana Biczachczjana. Legia przez cały mecz stworzyła sobie dwie dogodne okazje – obie to rzuty karne. Ten fakt pokazuje, jak źle spisywała się cała ofensywa, a nie tylko sam Rajović, który zwykle jako jedyny zbiera baty.

Defensywa również kuleje

Niedzielne spotkanie było dla Legii pierwszym oficjalnym, w którym zagrała na trzech stoperów, czyli w systemie preferowanym przez Marka Papszuna. Debiut nowej formacji zdecydowanie nie wypadł pomyślnie. Jędrzejczyk, Pankov i Piątkowski, którzy wyszli w pierwszym składzie, często sprawiali wrażenie pogubionych. Trójka defensorów miała również problemy z napastnikiem Mariuszem Stępińskim, który w 23. minucie wykorzystał zagapienie Jędrzejczyka i zdobył bramkę.

Warto również wspomnieć o wahadłowych, którzy mieli dwa oblicza. Petr Stojanović i Arkadiusz Reca, którzy wystąpili na wahadłach, w ofensywie byli bardzo aktywni i tworzyli kilka ciekawych sytuacji. W defensywie jednak ich gra była słaba. Obaj piłkarze często mieli problemy z kasowaniem akcji. Przez błąd Recy, który nie upilnował Stępińskiego w 90. minucie, Legia straciła drugą bramkę. Poza nimi w defensywie mogliśmy oglądać zmienników Rafała Augustyniaka i Patryka Kuna, ale ich postawa również nie była na dobrym poziomie

Problemy kadrowe

Obecnie największym wyzwaniem, które stoi przed Legią, są poszukiwania skutecznego napastnika. Był temat Rafała Adamskiego, jednak obecnie sprawa jego transferu się oddaliła. Poza tym istnieje możliwość sprowadzenia Karola Świderskiego z Panthhakikosu, jednak według doniesień medialnych Legia na ten moment nie bierze tej opcji pod uwagę. Obecnie w składzie Wojskowych jest dwóch słabych napastników. Trzeci, Jean Pierre Nsame, który jest kontuzjowany, ma wrócić pod koniec lutego, jednak zanim wejdzie na dobre do pierwszej jedenastki, minie czas, którego Legia nie ma.

Problemy kadrowe dotyczą również prawego wahadła. Przez kontuzję Wszołka musi grać tam Stojanović, który jest jedynym prawym wahadłowym. Na lewej stronie kontuzjowany jest Ruben Vinagre, który wróci dopiero pod koniec sezonu, przez co siłę tej pozycji stanowią Arkadiusz Reca, który wczoraj się nie popisał, oraz Patryk Kun.

Kadra Legii przez liczne urazy jest ograniczona, ponieważ w Warszawie nie ma wartościowych zmienników. Poza tym stołeczna drużyna po raz kolejny kompromituje się w sprawie napastnika. Rok temu pion sportowy ratował się Ilią Szkurinem ze Stali, znajdującej się w strefie spadkowej. Teraz starają się o Rafała Adamskiego z Pogoni Grodzisk Mazowiecki. Nie odbieram Adamskiemu umiejętności, bo jeśli przyjdzie, może dać Warszawie wiele radości. Jednak sam fakt, że 16-krotny mistrz Polski interesuje się napastnikiem z 1. ligi, jest kompromitujący i obrazuje miejsce, w które Legia zaszła w ostatnich latach. Miejsce, w które wprowadziło ją złe przywództwo Dariusza Mioduskiego, który jest najbardziej odpowiedzialny, za obecne tragiczne położenie Legii.

Co czeka Legię

Przed Legią Warszawa teraz bardzo trudny terminarz. W sobotę 7 lutego Wojskowych czeka wyjazdowe spotkanie z Arką Gdynia. Stołeczna drużyna w tym sezonie ligowym na wyjazdach spisuje się poniżej wszelkiej krytyki, notując tylko jedno zwycięstwo. Następnie piłkarzy Marka Papszuna czekają mecze z GKS Katowice i Wisłą Płock. Jeśli stołeczna drużyna straci punkty w tych spotkaniach, sytuacja przy Łazienkowskiej zacznie robić się coraz gorsza, a z trybun zapewne usłyszymy słynną przyśpiewkę: „Bójcie się, chamy…”.

 

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze